Świat emocji – seria książeczek dla dzieci

 Pokazywałam ostatnio na Instagramie książkę, którą kupiłam „na próbę”. Kilka osób prosiło, żeby podzielić się opinią na temat tej kolekcji. O czym mowa???
O serii książeczek dla dzieci, która ma za zadanie pomóc małemu człowiekowi poznać i zrozumieć emocje. Wydawnictwo Hachette przygotowało 60 książeczek. Każda z nich opisuje jakieś emocje.
W pierwszym numerze pojawił się „Strach”. Mały chłopiec o imieniu Ksawery bardzo boi się ciemności, przy tym towarzyszą mu dziwne wrażenia, jakby” …w brzuchu przewracało  mu się jak w pralce i ktoś walił w bęben tam, gdzie ma serce…”. Na ratunek przychodzi mu mama i próbuje wytłumaczyć co właściwie się wydarzyło.

„Testowaliśmy” książeczkę z Antosiem podczas naszego wieczornego rytuału czytania książeczek na dobranoc. Opowiadanie czyta się bardzo przyjemnie. Zawiera kolorowe i ciekawe ilustracje. Zarówno mi jak i Antosiowi bardzo się podobało. Dla mnie tym lepiej, że pierwszy nr książeczek był na ten temat, bo u nas jest podobny problem – Antonio często budzi się w nocy i później boi się sam zasnąć.

Pierwszy numer był w bardzo promocyjnej cenie: 1,90zł   😉 Cena bardzo kusząca.

Jak każdy się domyśla, kolejne części już są w innej cenie. W prenumeracie wychodzi taniej (ciągle się zastanawiam czy zamówić czy nie – może ktoś z Was się zdecydował?). W pierwszej przesyłce możemy otrzymać: numer 2 + numer 3 gratis + prezent, szablonowy kot w cenie 4.99zł – cena nadal kusząca ;). Kolejne numery od 4, 5, 6…. w prenumeracie wychodzą w cenie 9,99zł, a w kiosku 11,99zł.

Z tego co wyczytałam w informacji to druga przesyłka zawiera numery 4 i 5 + grę pamięciową gratis. Następne przesyłki będą zawierały 4 sztuki kolejnych numerów (tj. 6, 7, 8 i 9 + piesek-pluszak gratis). Kolejno numery po 4 sztuki numerów, a z numerem 30 kolejny prezent – otulający kocyk gratis. W sumie 4 prezenty dodatkowo można otrzymać z prenumeratą.

W każdym numerze dostajemy też kartę dla rodziców z wskazówkami i kartę – komentarz od psychologa dziecięcego.

Z prenumeraty można w każdej chwili zrezygnować 🙂

P.S.1 Dajcie znać czy ten wpis był dla Was pomocny czy też nie.

P.S.2 Podzielcie się opiniami na temat książeczek, jeśli też skusiliście się na tą serię.

Wskazówki dla surdopedagoga

Dzisiejszy wpis dedykuję wszystkim surdopedagogom, którzy rozpoczynają pracę z uczniem z wadą słuchu.
Chciałabym zebrać w nim odpowiedzi na wszystkie nurtujące pytania.

Coraz częściej dostaje pytania typu: „Zaczynam pracę, proszę o wskazówki…”, „Od poniedziałku zaczynam pracę z X, który ma X lat – mogę liczyć na pomoc?”, „Jakie są sprawdzone ćwiczenia dla dzieci niesłyszących”, …

Wskazówka nr 1:
Tak na prawdę nie ma listy wskazówek, które będą nam pokazywały krok po kroku jak ćwiczyć z dziećmi 😉
Zasada jest taka: nie traktujemy ucznia szablonowo! Każde dziecko zasługuje na indywidualne traktowanie i tego się trzymamy!

Wskazówka nr 2:
Przed pierwszymi zajęciami nie wpadajmy w panikę! Najcenniejsze informacje są wpisane w orzeczeniu naszego przyszłego ucznia. Zapoznajemy się z dokumentacją (mamy prawo do niej mieć wzgląd) i na jej podstawie przygotowujemy się do zajęć.

Wskazówka nr 3:
Jeśli, mowa o młodszych dzieciach próbujemy się dowiedzieć czym nasz uczeń się interesuje (np. od wcześniejszego terapeuty, który pracował z tym dzieckiem, możemy poprosić o kontakt do rodziców i ich podpytać). O starszych uczniach także warto wiedzieć czym się interesuje i co lubi robić na co dzień – taką informację możemy wykorzystać później podczas przygotowywania materiałów do nauki.

Wskazówka nr 4:
Na pierwszych zajęciach naszym głównym celem powinno być: poznanie i zdobycie zaufania – naszego ucznia. Uważam, że powinniśmy to spotkanie poświęcić na rozmowę z dzieckiem. Przedstawić się, zapytać ucznia o imię, ile ma lat, czym się interesuje etc. (To nic, że część informacji mogliśmy zdobyć wcześniej – ważna jest tutaj relacja: terapeuta – uczeń i uczeń – terapeuta). Taki wstęp już pozwoli nam ocenić jak funkcjonuje uczeń (sposób komunikacji, czy odbiera drogą słuchową i rozumie to co do niego mówię)

Wskazówka nr 5:
Pomoce dydaktyczne są dostępne na naszym rynku. Jestem zwolennikiem, aby materiał na którym pracujemy był konkretnie dostosowany do wieku i zainteresowań naszego podopiecznego – to znaczy: nie dajemy dziecku pomocy dydaktycznych w misie, jeśli nasz uczeń ma np 10 lat i już dawno nie interesuje się maskotkami, albo chłopcu nie dajemy rysunków z lalkami. W pewnym momencie życia dziecka nadchodzi taki moment, że „wyrasta” z pewnych rzeczy i zamiast go zaciekawić to sprawią, że nie będzie chciał współpracować na zajęciach.

Wskazówka nr 6:
Na kolejnych zajęciach staramy się urozmaicać, zmieniać nasze pomoce do nauki (nikt z nas chyba nie chciałby „wałkować” w kółko jedno i to samo? )

Wskazówka nr 7:
Stopniujemy poziom trudności – wychodzimy od rzeczy łatwiejszych (nawet jeśli wiem, ze nasz uczeń zrobi to raz dwa), aby dziecko miało poczucie, że coś umie, potrafi – zachęcimy go do próbowania czegoś trochę trudniejszego.

Wskazówka nr 8:
Zapisujemy sobie w naszym zeszycie/notesie cenne informacje na temat ucznia na początku zajęć(jak już poznamy naszego ucznia wpisujemy z czym ma problemy), później za pół roku sprawdzamy czy dziecko już opanowało to z czym nie radziło sobie na początku. Następnie na koniec roku kolejna ewaluacja zajęć. Takie zapisywanie w zeszycie jest ważne, bo mamy w jednym miejscu najważniejsze informacja.

Wskazówka nr 9:
Łączy się w dużej mierze z poprzednią wskazówką. Nasza praca to nie tylko zajęcia z dzieckiem, ale także przygotowywanie dokumentacji. Dlatego dla mnie tak ważne jest zapisywanie na bieżąco informacji o dziecku. Nawet, gdy mamy pod opieką tylko 1 ucznia – nie jesteśmy w stanie zapamiętać wszystkich istotnych rzeczy.

Wskazówka nr 10:
Jeśli ktoś nam powie, że uczeń X nic nie potrafi, nie nie umie – to nie traktujemy takiej informacji w 100% serio 😉 Każdy z nas ma w sobie coś co robi bardzo dobrze!!

Wskazówka nr 11:
Nie muszę!Zawsze mam wybór! – Gdy pracujemy według jakoś programu, schematu czy konspektu zawsze możemy z nich zrezygnować. Szczególnie jeśli widzimy, że nasz uczeń nie współpracuje, coś sprawia nam trudność, nie przewidzieliśmy jakieś reakcji. Nie ma przymusu, że to ma być tak i koniec. W trakcie zajęć musimy być elastyczni.

 

P.S. Dotrwałaś/eś do końca wpisu? Będzie mi miło jak zostawisz po sobie jakiś ślad 😉

Minęło już ponad 6 lat….

Pomiędzy lepieniem uszek na  Wigilię, a robieniem porządków w kuchni błądzę myślami gdzieś indziej. Nie ma to nic wspólnego ze świętami, ani z tym co będzie jutro czy pojutrze…

Parę dni temu na Instagramie u Iwony Cichosz przeczytałam w relacjach wypowiedź pewnej pani?/kobiety?/matki? – nie ważne… której zdaniem: „Osoby Głuche – nie powinny mieć dzieci, że świadomie krzywdzą je decydując się na ciąże :O Nie chcę dosłownie przytaczać co ta owa pani jeszcze pisała, ale sprawiła że powróciły złe wspomnienia, które przeżyłam osobiście…
Właśnie jakieś 6 lat temu… . Już po ślubie miałam taką rozmowę z X osobą. Namawiano mnie i męża na zrobienie badań genetycznych, czy mamy TEN zły gen który ewentualnie moglibyśmy przekazać dziecku i mogło by być Głuche. Ja takie badania miałam robione kilka lat wcześniej, gdy próbowano ustalić moją wadę słuchu. Te 6- 7  lat temu byłam już ŚWIADOMIE gotowa na macierzyństwo. Kilkanaście lat wcześniej, gdy jeszcze tylko planowaliśmy wspólną przyszłość – zawsze mówiliśmy, że chcemy przynajmniej 2 dzieci. Medycyna poszła tak do przodu, że nawet gdyby dziecko urodziło się z wadą słuchu to będzie pod dobrą opieką. Byliśmy przygotowani na każdą ewentualność. Po ślubie w pewien sposób te „nasze plany” zostały zburzone. Padły słowa, że jestem egoistką, że świadomie skrzywdzę dziecko… co wtedy przeżyłam to moje… Myślałam, że już nigdy nie będę musiała do tego wracać. Do momentu, gdy Iwona udostępniła wypowiedź tej osoby, postanowiłam coś z tym zrobić.
W tej chwili mam dwoje dzieci – Antoś 5 lat 3 m-sc. i Maja 2 lata 9 m-sc. Słyszą. Mimo tego jesteśmy także pod stałą opieką otolaryngologa, regularnie sprawdzamy słuch.


Obracam się w środowisku osób słyszących oraz niesłyszących. Bez znaczenia jest to czy dany rodzic jest pełnosprawny czy nie, to ich dzieci w różnym stopniu mają dysfunkcje bądź nie. Zdarzają się przypadki, że rodzice słyszą, ich np. 2 dzieci słyszy, a 1 rodzi się z głęboką wadą słuchu, bądź wszystkie dzieci nie słyszą, a w rodzinie nie było wcześniej takich przypadków. Są rodzice Głusi, którzy mają słyszące dzieci lub rodziny wielopokoleniowe gdzie kilka pokoleń jest Głucha.

Dlaczego od górnie zakazać Głuchym zakładania rodziny?? Bo samolub??Bo egoista??? Nie!! Głuchy (po za tym, że nie słyszy) jest taki sam jak rodzic słyszący!! Też chce być za kogoś odpowiedzialny, też pragnie stworzyć swoją rodzinę, następne pokolenie. Chce być szczęśliwy!!!

Każdy z nas ma prawo sam decydować o swoim życiu!! Jeden z nas będzie chciał mieć gromadkę dzieci, inny będzie chciał 1, a jeszcze inna osoba nie zdecyduje się wcale na dzieci i każdy ma do tego prawo!! Nie ingerujmy w czyjeś życie.

Obserwuję wśród znajomych, czy też wśród osób które zdecydowały się prowadzić bloga, fanpage czy instagrama, aby podzielić się swoją historią z innymi – często u nich pojawiają się historie, iż w rodzinie rodzi się dziecko z wadą słuchu. Nikt za to ich nie karci, nie mówi że gdzieś popełnili błąd i tak się stało. Pozwala się im żyć i tyle. Dlaczego my tak nie możemy?? Bo już na starcie jesteśmy przekreśleni za swoją wadę słuchu?? Czy jestem gorszym rodzicem od innych??
Jest takie powiedzenie: „Trzeba się cieszyć,póki jest zdrowie” i to prawda. To, że teraz jesteśmy zdrowi, nic nam nie dolega nie daje nam gwarancji, że tak już będzie zawsze!
Będąc przez 13 lat pacjentem w Kajetanach spotkałam się z różnymi historiami. Jedna z nich z ostatniej wizyty utwierdziła mnie w tym powiedzeniu. Poznałam starszego Pana (pozdrawiam serdecznie), który po wylewie stracił słuch. Teraz jest znów na lepszej drodze jak to mówi, gdyż od dwóch lat ma wszczepiony implant ślimakowy i powoli widzi efekty.

Nie oceniajmy nikogo przez pryzmat tego czy dana osoba słyszy czy nie.

 

P.S. Reagujcie wtedy kiedy trzeba, gdy dziecku się dzieje krzywda, gdy jest bite i zaniedbane – nie bądźcie wtedy obojętni!

 

Mam już implant ślimakowy i co dalej??

Pacjenci po wszczepieniu implantu ślimakowego, bądź ich rodzice, mają wiele obaw gdy po raz pierwszy otrzymują procesor. Są one spowodowane niewiedzą o danym sprzęcie, jak włączyć, wymienić baterie czy przechowywać w nocy. Boją się, aby czegoś nie uszkodzić, ponieważ naprawa wiąże się z bardzo dużymi kosztami.
Spróbuję w prosty sposób pokazać jak dbać o procesor.

  1. Zasilanie procesora
    Tak jak aparaty słuchowe, procesor potrzebuje źródła zasilania. Pierwszym z nich i najczęściej używanym są baterie. W zależności od modelu. Każdy procesor ma inne „wymagania”, to znaczy do jednych wchodzi 2x baterie do innych 3x baterie. Muszą to być specjalne baterie do aparatów słuchowych i procesorów z numerem 675/PR44 (niebieska nalepka). Koszt takich baterii waha się od około 2zł do nawet 4zł za 1 sztukę. Takie baterie wytrzymują średnio 2-5 dni. Z moich obserwacji wynika, że na długość działania baterii wpływają czynniki takie jak: ilość godzin noszenia procesora na uchu, natężenie dźwięku w jakim przebywa dana osoba (im głośniej tym bateryjki szybciej się zużywają), a także od warunków atmosferycznych(poziom zawilgocenia baterii). Czy firma ma znaczenie??? W moim przypadku nie. Przetestowałam wszystkie dostępne baterie i miały bardzo podobny czas wytrzymałości.
    Drugą opcją zasilania procesora są akumulatorki. Nie wszystkie modele posiadają je w zestawie. Razem z procesorem Nucleuss 6 w komplecie dostałam 2 akumulatorki (jeden mniejszy, a drugi większy). Korzystam z nich tylko w sytuacji, gdy zostaję w domu – nowe akumulatorki wytrzymują średnio (mniejszy) 1 dzień lub (większy) około 1,5 – 2 dni. Można dzięki nim trochę oszczędzić jednak wygodniej korzystać mi jest z baterii (szybsza wymiana w przypadku rozładowania, a na akumulatorki muszę poczekać aż się naładują). Po za tym musiałabym wszędzie zabierać ze sobą dodatkowo ładowarkę do akumulatorków.
  2. Cewka nadawcza
    W przypadku cewki nadawczej należy pamiętać, że prawidłowe „wkręcenie” magnesu ma ogromne znaczenie w użytkowaniu implantu. W zależności od modelu procesora mamy różne moce magnesu (od 1 do 6). Im wyższy nr tym mocniejszy magnes. Dlaczego odpowiednie „wkręcenie” magnesu ma znaczenie??? Jeśli magnes jest wkręcony lekko to cewka może się odczepiać, a gdy mamy za mocny magnes możemy odczuwać ból w okolicy cewki. W gorszych sytuacjach mogą się zrobić odleżyny. Złe dobranie magnesu bardzo wpływa na użytkowanie procesora, a także nasze samopoczucie. 
  3. Osuszanie
    Istotną sprawą jest korzystanie z osuszacza. Zazwyczaj jest w zestawie, jednak gdyby go nie było to warto sobie dokupić. Kiedy korzystać z osuszacza?? Są różne głosy w tej kwestii. Jedni uważają, że trzeba codziennie na noc wkładać procesor do osuszacza, inni przyznają że robią to sporadycznie. Spotkałam się też z osobami, które wcale nie wkładają swojego procesora na noc do osuszacza. Sam producent zaleca codzienne osuszanie procesora dźwięku. Pełen cykl osuszania w osuszaczu elektrycznym to ok. 8 godzin. Należy pamiętać, aby w osuszaczy był aktywny brykiet osuszający lub specjalna tabletka do osuszania.

    Model z którego korzystam po włączeniu do prądu i uruchomieniu go podświetla się żółtą diodą. Po całkowitym osuszeniu dioda automatycznie gaśnie i wyłącza się osuszacz.

  4. Akcesoria
    Na rynku znajduje się, mnóstwo gadżetów do procesora mowy. Pilot do zdalnego sterowania, nakładki aqua (trzeba pamiętać o zmianie koszyczka z bateriami na akumulatorki!), kolorowe nakładki na procesor i cewkę, opaski i klipsy podtrzymujące procesor. Dostępny jest także bezprzewodowy przekaźnik telewizyjny, bezprzewodowy klips telefoniczny, bezprzewodowy mini mikrofon.

    Jeśli macie jakieś trudności w użytkowaniu procesora mowy dajcie znać  – postaram się pomóc 🙂

 

Nazwij i wrzuć! Artykuły spożywcze!

Ostatnio rzadko pojawiają się nowe recenzje, chociaż produktów do przetestowania nie brakuje. Spowodowane jest to brakiem czasu 🙁 Przyszła jesień, dzień zaczyna być coraz krótszy… Pogoda także płata figle, bo raz cieplutko a raz zimno. Z ciepłych dni korzystam jeszcze z dzieciaczkami na zabawy podwórkowe i porządki w ogródku. Jesienna pora to też nasz czas na zbieranie różnych darów jesieni  kasztanów, kolorowych liści, żołędzi i pysznych jabłek. Jedynie w deszczowe dni siadamy wspólnie i całą rodzinką bawimy się testując nowości rynkowe.

Czas przedstawić kolejną grę firmy TULULA, która pojawiła się na naszej półce: Zestaw artykuły spożywcze!

W pierwszym zdaniu od razu ostrzegam: zabawa bardzo wciąga 😀 Zarówno młodszych jak i starszych użytkowników 😉 Gra jest bardzo elastyczna – można ją wykorzystywać naprawdę na wiele różnych sposobów. W instrukcji jest wpisanych kilka propozycji. My zrobiliśmy sobie własną wersję z wykorzystaniem wszystkich żetonów. Rozkładamy je na podłodze, Maja i Antoś na zmianę wybierają 1 produkt, nazywają go i wrzucają do „wózka sklepowego”.

   

W  zestawie jest 120 produktów. Moje dzieci znają te, które używa się w naszym domu na co dzień. Dzięki TULULA wzbogacamy słownictwo o kolejne nazwy (przyznam się, że niektórych nazw nawet ja nie znałam i musiałam sprawdzić w słowniczku, który jest w instrukcji).

   

Z Antkiem bawimy się w kategoryzowanie produktów, np. owoce, warzywa, pieczywo, nabiał etc., układamy wg koloru, wybieramy produkty, które najbardziej lubimy, a których nie lubimy. Sposobów na naukę przez zabawę jest naprawdę mnóstwo.

Nazwij i wrzuć! Owoce i warzywa, na co dzień są w zasięgu wzroku i rączek moich dzieci. Mogą się nimi bawić kiedy tylko maja na to ochotę (żetony są wykonane z grubej tektury, więc nie martwię się, że mogą się wygiąć czy zniszczyć). Najczęściej bawią się w sklep 🙂 W swoich skarbach mamy zabawkowe pieniążki, którymi dzieci płacą za zakupy. W trakcie takiej zabawy dzieciaki pamiętają o odpowiednim zachowaniu, wchodząc do „sklepu” mówią: „Dzień dobry, poproszę…”, pytają o dany produkt (ze znalezieniem go czasem jest problem, gdyż przypominam,  mamy do dyspozycji 120 produktów 😉 ). Płacą za zakupy i żegnają się ze sprzedawcą. Potrafią bawić się tak godzinami.

Grę wykorzystuję też na zajęciach rewalidacyjnych z Sarą. Na pustych żetonach wpisuję jej nazwy wg których Sarka ma kategoryzować produkty (np. owoce, warzywa, zioła, słodycze, inne). Na bieżąco nazywamy znane nam artykuły, tych których nie znamy szukamy w słowniczku, odczytujemy nazwę i migamy ją. Zdarza nam się, że nie znamy też znaku migowego na dany produkt, wtedy wymyślamy jak będziemy go pokazywać.

Kiedy już mamy posegregowane wszystkie produkty, „wysyłam” Sarę na zakupy 😀 Przyznaje, że moja pierwsza myśl była taka: „Kupi tylko to co ostatnio najbardziej lubi jeść i słodycze”.

Jakież było moje zdziwienie gdy Sara zrobiła zakupy co najmniej na tydzień, uwzględniając całą swoją rodzinę. Kupiła produkty dla mamy na obiad, a nawet kawę i ciasteczka, migając: „Gdyby Pani Migała przyszła do nas na kawę”. Uwielbiam ją i jej pomysły!!

Za zakupy Sara oczywiście „zapłaciła” 😀

 

 

Wózek z zakupami Sarki 😉

Charakterystyka gry:

  • 120 żetony z produktami spożywczymi;
  • 5 żetonów pustych;
  • marker suchościeralny;
  • pudełko – wózek zakupowy;
  • instrukcja (zawiera propozycję gry, słowniczek)

Całość wykonana bardzo starannie. Ilustracje odzwierciedlają naturalny wygląd danych produktów, kolorystyka bardzo przyjemna. Można poznać nazwy produktów lub poszerzyć znajomość nazw.

Gorąco polecam ją wszystkim!

Zarówno nauczyciele jak i rodzice mogą wykorzystać grę do nauki poprzez zabawę. Jest to pozycja, która świetnie nadaje się również na prezent urodzinowy!!

P.S. Na stronie TULULA znajduje się więcej pozycji z tej serii – Ja na pewno wrócę po kolejne gry 😉

 

Dawno temu…. – Moja historia z pierwszym wszczepem implantu ślimakowego

Moi drodzy – ten wpis ze specjalną dedykacją dla tych, którzy prosili o napisanie jak to było w moim przypadku z pierwszym wszczepem implantu ślimakowego 😉

Zapraszam do czytania…

Na początku roku 2004 przeszłam szereg badań kwalifikujących do wszczepu. Diagnostyka zakończyła się wynikiem pozytywnym, więc pozostało mi tylko oczekiwać ok. 2 lata na zabieg. Nie była to łatwa decyzja. W moim otoczeniu znalazły się osoby, które były ZA i PRZECIW tej operacji. Jako młoda osoba, miałam zaledwie 13 lat, ostatecznie podjęłam decyzję, że chcę spróbować! Na lewe ucho już i tak nic nie słyszałam, aparatu słuchowego nie nosiłam, ponieważ utrudniał mi komunikację (nie docierały do niego dźwięki i czułam za uchem tylko wibracje). W tym okresie „ratował” mnie tylko aparat na prawym uchu, a mowę odczytywałam tylko z ruchu warg. Stwierdziłam, że albo się uda i będę lepiej słyszała, albo będzie tak jak jest – więc nie stracę a mogę zyskać!
Czas oczekiwania na operację skrócił mi się o pół roku. Pamiętam jak dziś ten moment, kiedy zadzwonili z Kajetan do mamy, że za tydzień mam termin zabiegu. Musiałam się tam stawić 16 czerwca 2005 roku, a dzień później miał odbyć się wszczep. Nie obyło się bez nerwów, bez płaczu (nawet teraz jak to piszę przechodzą mnie ciarki po plecach).
Do Warszawy wyruszyłyśmy autobusem razem z mama w nocy z 15 na 16 czerwca. W piątek, tj. 17 czerwca 2005 roku o godzinie 7.15 zostałam zabrana na salę operacyjną. Ten moment także pamiętam jakby to było wczoraj. Pan anestezjolog trafił mi się bardzo śmieszny, porozmawialiśmy jeszcze przed zabiegiem po czym dał mi maseczkę z „Głupim Jasiem” i powiedział: poczujesz zimne powietrze i uśniesz. Natomiast ja wtedy pomyślałam: „Oj, chwile to potrwa zanim zasnę…” i pyk…

Przebudziłam się na sali pooperacyjnej około godziny 10. Pielęgniarka podeszła i kazała spokojnie leżeć. Zastanawiałam się czy już po wszystkim czy jeszcze przed. Następnie pielęgniarka zaprowadziła mnie do mojego pokoju, gdzie czekała na mnie cała w nerwach mama (rano nie zdążyłyśmy się zobaczyć, bo wcześnie mnie zabrali i zdążyłam jej napisać tylko sms, że idę na sale). Spałam później praktycznie cały czas. Mama tylko mnie budziła i sprawdzała czy wszystko okej i chciała się dowiedzieć jak to wszystko wyglądało.


Do domu wróciłam 20 czerwca. Po 10 dniach pojechałam znowu do Warszawy na ściągnięcie szwów. Poniżej przedstawiam Wam moje zdjęcie jak to wyglądało 13 lat temu. Miejsce nacięcia jest dużo wyżej niż teraz i długość szwu inna. (Zdjęcie teraźniejszego nacięcia jest we wcześniejszych wpisach).


Po miesiącu kolejna wizyta w Kajetanach. Tym razem po odbiór procesora. Wizyta była 2 dniowa. Po raz pierwszy, gdy podłączono mi procesor, nie słyszałam w nim nic. Spacerowałam z mama wokół Instytutu i próbowałam się wsłuchać w „hałasy”. W samym procesorze nie odbierałam nic, pomagał mi dalej tylko aparat na prawym uchu.
Dopiero kolejne ustawienia (za 2 miesiące), dawały ogromne rezultaty. I od tej pory wszystko ruszyło z kopyta. Zaczynałam słyszeć i rozumieć mowę, docierały do mnie konkretne dźwięki, a nie tak jak wcześniej „coś”. Na wizyty do Kajetan jeździłam systematycznie. Miałam tam zajęcia z surdopedagogiem, które bardzo szybko zakończyłam. Pani, która prowadziła ze mną zajęcia nieco się dziwiła, że postęp był tak szybki. Czasem, żartowano sobie ze mnie, że to moja determinacja pomaga mi dobrze słyszeć. Tak było!!! Z każdym dniem, miesiącem, gdy słyszałam coraz więcej to pragnęłam jeszcze i jeszcze więcej. W końcu zaczęłam rozmawiać przez telefon, słyszałam co mówią w TV. Z czasem zaczęłam rozumieć co nadają w radiu podczas jazdy samochodem. Ucho lewe stało się dominujące, to głównie nim słuchałam otoczenia. Natomiast ucho prawe jako „pojedynczy” odbiorca nie dawał już rady. Jednak w aparacie chodziłam cały czas. W duecie słyszałam lepiej. Podczas badań sprawdzano na ile procent odbieram dźwięki i przedstawiało to się tak:

  • bez urządzeń 0%;
  • z aparatem na uchu prawym 0%;
  • implant na uchu lewym 81%;
  • implant + aparat 89%.

 

Mój pierwszy procesor Nucleus Esprit 3G. Model do którego wchodziły 3 baterie. Bez większych udogodnień typu akumulatorki, pilot etc. Była to moja”miłość od pierwszego usłyszenia” 😉 Sprawca całego zamieszania. Dzięki niemu, zaczęłam swobodnie poruszać się w świecie dźwięków. Ukończyłam studia m.in. z surdopedagogiki – jest mi to temat bardzo bliski.

Czy zdecydowałabym się jeszcze raz na zabieg???  Zdecydowanie TAK!!!

Tydzień po tygodniu

Kolejny wpis zawierający fragmenty z „pamiętnika” 🙂

Po 11 dniach od wszczepienia drugiego implantu, nadszedł czas na ściągnięcie szwów. Nie musiałam jechać, aż do Kajetan – mogłam to załatwić bliżej miejsca zamieszkania, czyli w Rzeszowie w Medincusie. Zaraz po wizycie u lekarza, gdy już wsiadłam do samochodu to od razu wyjęłam procesor i go założyłam.

 

 Tak, tak – zaraz po ściągnięciu szwów kazano założyć procesor i stymulować ucho. Zostałam poinformowana wcześniej, że pierwsze dwa programy będą nie odczuwalne, żeby się nie denerwować i być cierpliwym. Jakież było moje zdziwienie??!! Po włączeniu procesora na program 1, dźwięki docierały do ucha!!! Sama w to nie wierzyłam!!! Nawet wyłączyłam procesor na uchu lewym, aby sprawdzić czy to nie złudzenia. Dźwięki wpadały do ucha- jestem bardzo szczęśliwa!!! Co prawda nie słyszę „konkretnego” dźwięku, tylko na zasadzie szumu. Jednak w połączeniu ze „starym” procesorem, daje mi to więcej możliwości niż aparat.
Teraz czas na rehabilitację ucha prawego 🙂 Wieczorem zawsze czytam dzieciom książki na dobranoc – postanowiłam wykorzystać ten czas także na ćwiczenia. Wyłączam wtedy lewy procesor i czytam. Jakież było moje zdziwienie za pierwszym razem??? Takie, że w zupełnej ciszy słyszałam samą siebie (wiem, że to też podświadomość tak działała,  wiedziałam co czytam i łatwiej było mi to „usłyszeć”.
Przez pierwszy tydzień mam używać pierwszy program. Nie słyszę póki co ostrzegawczego pikania procesora, informującego: „zaraz wyładują się baterie”, więc nie od razu orientuję się, że się wyłączył (mąż mi o tym mówi, gdy widzi, że procesor miga na pomarańczowo).

Na program drugi wskakuję 13 sierpnia. Nie widzę wielkiej różnicy pomiędzy P1, a P2. Jednak teraz sama zorientowałam się, że procesor się rozładował 🙂

Natomiast na P3 „przeskoczyłam” 21 sierpnia. Na tym etapie zaczyna się coś więcej dziać 🙂 Zaczynam słyszeć wcześniejsze powiadomienie procesora o tym, iż za chwilę bateryjki się rozładują (nie jest to takie wyraźne pikanie, ale wiem kiedy). Wieczorami nadal ćwiczę tylko ucho prawe czytając głośno książkę. Nawet zauważyłam, że rozumiem co dzieci do mnie mówią – tak, tak, zawsze kiedy mam chwile dla siebie to każdy coś ode mnie chce 😉

27 sierpnia przełączam się na ostatni program – 4.  Zauważyłam, że bardzo szybko się przyzwyczajam do głośniejszego słyszenia. W momencie gdy rozładuje się całkowicie nowy procesor i się rozłączy, i słucham tylko Starym Uchem to mam wrażenie, że cicho słyszę. Jest to dla mnie zadziwiające, bo mając tylko jeden implant świetnie sobie dawałam radę (no może w jakiś miejscach bardzo hałaśliwych i jak wszyscy naraz mówili to nie). Jest to dla mnie fenomenalna sprawa!!! Cieszę się z efektów które już są, a co będzie za pół roku??? Rok??? 🙂

Jedyny minus zaistniałej sytuacji jest taki, że muszę przy sobie nosić większy zapas baterii na zmianę 😉

W Kajetanach byłam 3 września, do kontroli oraz na ustawienia procesora. Spotkałam wszystkich znajomych poznanych ostatnim razem. Każdy z nas miał inną historie do przedstawienia. Spotkanie w Klinice przebiegło pomyślnie, nowe ustawienia procesora, „głośniejsze” programy i czas na kolejne przyzwyczajenia. Sprawdziłam kolejno wszystkie programy. Na tym ostatnim jest naprawdę głośno :O Ale idę za kolejnością z ustawieniami. Tym razem programy mam zmieniać co miesiąc. Kolejna wizyta w Kajetanach 4 grudnia.

Loteryjka obrazkowa – zwierzęta leśne i wiejskie – TULULA

Wakacje się prawie skończyły :O Dopiero był lipiec, a tu już koniec sierpnia!!! Tyle miałam planów na te letnie dni…Częściowo udało mi się je zrealizować 😀 To, czego nie zrobiłam,  dokończę jesienią (oby :P).

Powiedzcie, że nie tylko mnie zabrakło wakacyjnych dni  – proszę 😉

Lubicie brać udział w konkursach??? Ja bardzo, chociaż nie udało mi się nic wygrać, to próbuję do skutku. Na tych wakacjach wzięłam udział w konkursie na FB Tulula  gdzie moja praca została wyróżniona. W nagrodę otrzymałam bon na zakupy, z którego skorzystałam i nie żałuję!!! Tak zaczęła się moja przygoda z tym wydawnictwem.

Szperając po sklepiku online TULULA nie wiedziałam na co się zdecydować. W końcu zakupiłam m.in Loteryjkę obrazkową – Zwierzęta leśne i wiejskie. To był strzał w dziesiątkę!!!

Przyznaję, nigdy wcześniej nie miałam tych produktów w ręce i teraz ubolewam. Zarówno ja jak i moje pociechy zakochaliśmy się w tej grze!!! Zasady są banalne, a zabawy co nie miara!!! Maja poznała nazwy zwierząt, których nie znała do tej pory. Natomiast Antoś utrwalił sobie nazwy oraz wyćwiczył poprawne nazywanie ich (nadal mamy problem z R i czasami K = T). 

Ogólna charakterystyka gry:

  • Wiek: 3-6 lat
  • Ilość graczy: 1-4
  • Pudełko zawiera – 4 karty obrazkowe i 40 żetonów ze zwierzętami
  • Cele zabawy – rozwijanie spostrzegawczości, wzbogacanie słownictwa, wzbogacanie logicznego myślenia oraz ćwiczenie koncentracji.
  • Karty z obrazkami oraz żetony wykonane są z grubej tektury. Grafika i kolorystyka zachęcająca do oglądania.

Co nas najbardziej urzekło?

Przede wszystkim kolorowa szata graficzna. Moje dzieci są miłośnikami zwierząt i wyszukiwanie ich na planszach sprawiało im mnóstwo radości. Najwięcej problemu sprawiały te najmniejsze owady (mrówki, pająki, komary), których nie widać na pierwszy rzut oka.

W jaki sposób się bawimy???

Bez znaczenia czy bawią się tylko dzieci czy cała rodzina: Rozdajemy każdemu uczestnikowi karty z ilustracją. Na środku układamy w słupku wszystkie żetony. Wszyscy uczestnicy zabawy poszukują na swojej karcie zwierzęcia, które wskazuje pierwszy żeton.  Ta osoba, która ma go na ilustracji, bierze żeton i kładzie go na swojej karcie. Poszukujemy wszystkich zwierząt, aż do ostatniego krążka. W instrukcji jest zaznaczone, że wygrywa osoba, która jako pierwsza zdobędzie 10 żetonów. My, póki co, nie wprowadzamy rywalizacji do naszej zabawy. Za każdym razem wszyscy nazywamy zwierzę, które pojawiło się na żetonie. Byłam zdziwiona jak szybko dzieci zapamiętują ich nazwy (szczególnie te, których nie używamy na co dzień). Maja (2,5l) próbuje naśladować odgłosy znanych jej zwierząt, a największy problem mam, gdy pyta jak robi dżdżownica :O (może ktoś podpowie??? 😀 )

                     

Mam już kilka pomysłów jak wykorzystać tą grę na zajęciach z Sarą w szkole. Jednak nie będę zdradzać szczegółów  – wrzesień tuż, tuż 😉 Loteryjka na pewno pojawi się jeszcze w moich wpisach.

Z ręką na sercu polecam wszystkim firmę TULULA!!! Szczególnie rodzicom oraz pedagogom którzy pracują z małymi dziećmi.

 

Kostki „Opowiem Ci mamo” – zabawka i gra edukacyjna

Jakiś czas temu, na znanym portalu aukcyjnym, zamówiłam bardzo ciekawą grę – „Kostki – opowiem Ci mamo”.

Gra zawiera 6 dużych kostek, które w sumie dają nam 36 różnych obrazków. W pudełku jest także instrukcja, która zawiera różne warianty zabawy dla dzieci +4 lata lub +8 lat. Wytłumaczone są znaczenia obrazków z kostek. Bardzo twórcze w tej grze jest to, że nie ma jednej ścisłej zasady , której musimy się trzymać. Można puścić wodze fantazji i samemu tworzyć swoje opowiadanie.

Z moimi dziećmi bawię się w następujący sposób: rzucamy przed sobą np. 3-4 kostkami. Osoba, która wyrzuciła kostki, tworzy opowiadanie do ilustracji którą ma przed sobą. Antoś świetnie sobie radzi z wymyślaniem historyjek. Kilka nawet sobie zapisałam (tworzę dla moich dzieci takie „pamiętniki” twórczości z okresu ich dzieciństwa 😉 ). Maja (2 latka) nazywa obrazki, które widzi na kostkach i próbuje naśladować starszego brata. Wymyśla swoje własne pierwsze opowiastki 🙂

     

Zabawa z Sarą jest nieco trudniejsza. Najpierw rzucamy dodatkowo „zwykłymi” kostkami, w celu ustalenia z ilu kostek ma być utworzona historyjka. Jeżeli kostka pokazuje przykładowo 4 „oczka”, to następnie Sara ma rzucać 4 przypadkowo wybranymi kostkami z ilustracjami i wymyślić historyjkę. Opowiadamy ją w języku migowym. Innym naszym zadaniem z wykorzystaniem tej gry planszowej jest rzucanie kostką i nazywanie obrazka. Rysujemy podobny obrazek w zeszycie i zapisujemy jego nazwę. Ma to na celu utrwalanie nowych, nieznanych Sarze słów. Jeśli chodzi o nazwanie w języku migowym to nie ma najmniejszego problemu, natomiast schodki nam się zaczynają kiedy trzeba zapisać nazwę. Tworzy nam się taki mini słowniczek wyrazów. Na jego podstawie próbujemy później wymyślać zdania.

Osobiście bardzo polubiłam tą grę edukacyjną. Daje mi wiele możliwości w pracy z dziećmi. Możliwe jest stopniowanie trudności zadań. Grę można wykorzystywać przy poszerzaniu słownictwa u dziecka jak i w nauce tworzenia dłuższych wypowiedzi czy opowiadań. Można też po prostu się nią bawić 🙂 Takie pozycje wydawnicze lubię najbardziej. Mam w planie zakupić inne kostki z ilustracjami. Polecacie jakieś???

Wpis bardzo osobisty ;)

Moi drodzy!!

26 lipca poinformowałam Was o moim wyjeździe do Kajetan. Już minął tydzień od zabiegu. Czas na relację z ostatniego tygodnia.

Dzień „0” – 25.07.2018

Telefon z Kajetan, że jest wolny termin. Mam być jutro na 9.00 na miejscu, a w piątek zabieg. Szybko muszę ogarnąć zakupy i pakować się.

Dzień 1- 26.07.2018

4.00 – Czas wyruszyć w podróż. Przed nami 4 godzin jazdy. Targają mną mieszane uczucia. Z jednej strony szczęśliwa, że to już – z drugiej strony strach, obawy…

8.00 Jesteśmy na miejscu. Rejestracja (mam „motylki” w brzuchu), wizyta u lekarza, badanie.  Od 13.00 jestem juz sama. Mąż musiał wracać…nie lubię pożegnań. Pojawiły się łzy i strach, ups…trzeba się ogarnąć 😉 Wieczorem odwiedziny rodziny – jak dobrze, że ktoś jest w pobliżu. Później spotkanie w sprawie jutrzejszego dnia. Jakie procedury, kiedy ostatni posiłek, picie wody, a nawet jak mamy się wykąpać (dosłownie chodziło o płyn którym trzeba umyć włosy). Czas spać…

Dzień 2 – 27.08.2018

Pobudka o 6.00 rano. Czas się wykąpać i czekać, aż poproszą na salę operacyjną. Dziś już się tak nie denerwuję. Niecierpliwie się jednak kiedy mnie zawołają. Telefon od mamy (też już się niecierpliwią…). 9.48 prosili się przygotować do zabiegu :O Mam 2 minutki na toaletę, przebranie się w piżamę szpitalną i na salę… O rany…tyle emocji w sobie to nie miałam dawno…
Ostatni wywiad, podpięcie do aparatury. Jest anestezjolog…No to do usłyszenia później 😉

14.30 – przebudziłam się. Jakoś tak inaczej. Już po czy jeszcze przed? Dotykam głowy, bandaż jest, pielęgniarka podchodzi i pyta czy wszystko OK? Jest OK! 🙂
Odprowadzają mnie na salę. Jestem ciągle śpiąca…Sięgam po telefon i odpisują moim najbliższym, że jest po wszystkim  i idę spać.
Około 16.00 już nieco lepiej się czuję, piję dużo wody. Opieka pooperacyjna – wzorowa.
Leżę póki co bez pierwszego procesora, ale lekarze świetnie się ze mną dogadują. Z mężem i dziećmi mogłam porozmawiać przez Skype. Około 20.00 zakładam w końcu procesor i dzwonię do mamy. Tak bardzo stęskniłam się za jej głosem. Porozmawiałyśmy sobie chwilę.
Zaraz po obchodzie idę spać.

Dzień III 28.07.2018

Jak po zabiegu, czuję się bardzo dobrze. Poznałam dzisiaj wspaniała rodzinę, która jak się okazało później mieszka niedaleko (dzieli nas 1 godzina jazdy samochodem). Ich córeczka Maja, podobnie jak ja miała wczoraj zabieg wszczepienia drugiego implantu. Pozostałe dwie dziewczynki miały po raz pierwszy wszczepiony implant. Z pierwszym implantem radzi sobie super, mowa i rozumienie prawie w normie. Poznajemy się coraz bliżej, mama ma dużo pytań do mnie o to jak sobie radzę, jak funkcjonuje na codzień. Podobno „spadłam jej z nieba”. Dałam jej dużo nadziei na przyszłość, że jej córka będzie mogła robić wszystko to co każdy z nas. Rozmawiamy bardzo długo.

Dzień IV 29.07.2018

Zmiana opatrunku. Obserwacja czy wszystko jest dobrze czy nie powstał obrzęk. Ściągnięcie strzykawki z głowy. Jest szansa, że jutro wyjdę (ja i moje pozostałe 3 nowe koleżanki 😉 ) Idziemy na spacer na zewnątrz 😀 Jakoś trzeba sobie organizować czas. Okolica jest cicha i spokojna, na około instytutu są sarny, jelenie. Maja pokazała mi nawet miejsce gdzie są łabędzie. Wieczorem znów odwiedził mnie wujek i sprawdził osobiście czy wszystko okey 🙂

Dzień V 30.07.2018

Ostatni dzień w Instytucie. Zbiorowe spotkanie odnośnie wyboru procesora, w moim przypadku bez zmian, czyli Nucleus. Uruchomienie procesora, sprawdzenie czy wszystko działa. Ostatnia obserwacja głowy – jest OK. Zalecenia do domu i karta wypisu 😀 Jeszcze tylko spotkanie u logopedy – wskazówki….. I do domu 🙂

Przez dwa tygodnie muszę unikać wysiłku fizycznego, a przez 30 dni nie mogę moczyć ucha. Na ściągniecie szwów jestem zapisana 6 sierpnia (nie muszę jechać do Kajetan tylko załatwię to w Rzeszowie). Po ściągnięciu mogę już założyć procesor i nosić po kolei na ustawionych programach, aż do następnej wizyty.

Dużo się zmieniło od czasu gdy miałam wszczepiony pierwszy implant. Po ściągnięciu szwów procesor można było założyć po miesiącu, a teraz zaraz po ściągnięciu szwów, czyli dokładnie 11 dni od zabiegu. Nacięcie za uchem także inaczej teraz wygląda, jest prawie niewidoczne. Za pierwszym razem (13 lat temu nacięcie było dużo wyżej i więcej włosów wygolone.)

Czekam na ten moment, kiedy zacznę słyszeć prawym uchem pierwsze dźwięki. Wiem, że przede mną długa droga, do słyszenia tak jak teraz odbieram dźwięki lewym uchem. Wierzę, że ten moment nastąpi 🙂