Wskazówki dla surdopedagoga

Dzisiejszy wpis dedykuję wszystkim surdopedagogom, którzy rozpoczynają pracę z uczniem z wadą słuchu.
Chciałabym zebrać w nim odpowiedzi na wszystkie nurtujące pytania.

Coraz częściej dostaje pytania typu: „Zaczynam pracę, proszę o wskazówki…”, „Od poniedziałku zaczynam pracę z X, który ma X lat – mogę liczyć na pomoc?”, „Jakie są sprawdzone ćwiczenia dla dzieci niesłyszących”, …

Wskazówka nr 1:
Tak na prawdę nie ma listy wskazówek, które będą nam pokazywały krok po kroku jak ćwiczyć z dziećmi 😉
Zasada jest taka: nie traktujemy ucznia szablonowo! Każde dziecko zasługuje na indywidualne traktowanie i tego się trzymamy!

Wskazówka nr 2:
Przed pierwszymi zajęciami nie wpadajmy w panikę! Najcenniejsze informacje są wpisane w orzeczeniu naszego przyszłego ucznia. Zapoznajemy się z dokumentacją (mamy prawo do niej mieć wzgląd) i na jej podstawie przygotowujemy się do zajęć.

Wskazówka nr 3:
Jeśli, mowa o młodszych dzieciach próbujemy się dowiedzieć czym nasz uczeń się interesuje (np. od wcześniejszego terapeuty, który pracował z tym dzieckiem, możemy poprosić o kontakt do rodziców i ich podpytać). O starszych uczniach także warto wiedzieć czym się interesuje i co lubi robić na co dzień – taką informację możemy wykorzystać później podczas przygotowywania materiałów do nauki.

Wskazówka nr 4:
Na pierwszych zajęciach naszym głównym celem powinno być: poznanie i zdobycie zaufania – naszego ucznia. Uważam, że powinniśmy to spotkanie poświęcić na rozmowę z dzieckiem. Przedstawić się, zapytać ucznia o imię, ile ma lat, czym się interesuje etc. (To nic, że część informacji mogliśmy zdobyć wcześniej – ważna jest tutaj relacja: terapeuta – uczeń i uczeń – terapeuta). Taki wstęp już pozwoli nam ocenić jak funkcjonuje uczeń (sposób komunikacji, czy odbiera drogą słuchową i rozumie to co do niego mówię)

Wskazówka nr 5:
Pomoce dydaktyczne są dostępne na naszym rynku. Jestem zwolennikiem, aby materiał na którym pracujemy był konkretnie dostosowany do wieku i zainteresowań naszego podopiecznego – to znaczy: nie dajemy dziecku pomocy dydaktycznych w misie, jeśli nasz uczeń ma np 10 lat i już dawno nie interesuje się maskotkami, albo chłopcu nie dajemy rysunków z lalkami. W pewnym momencie życia dziecka nadchodzi taki moment, że „wyrasta” z pewnych rzeczy i zamiast go zaciekawić to sprawią, że nie będzie chciał współpracować na zajęciach.

Wskazówka nr 6:
Na kolejnych zajęciach staramy się urozmaicać, zmieniać nasze pomoce do nauki (nikt z nas chyba nie chciałby „wałkować” w kółko jedno i to samo? )

Wskazówka nr 7:
Stopniujemy poziom trudności – wychodzimy od rzeczy łatwiejszych (nawet jeśli wiem, ze nasz uczeń zrobi to raz dwa), aby dziecko miało poczucie, że coś umie, potrafi – zachęcimy go do próbowania czegoś trochę trudniejszego.

Wskazówka nr 8:
Zapisujemy sobie w naszym zeszycie/notesie cenne informacje na temat ucznia na początku zajęć(jak już poznamy naszego ucznia wpisujemy z czym ma problemy), później za pół roku sprawdzamy czy dziecko już opanowało to z czym nie radziło sobie na początku. Następnie na koniec roku kolejna ewaluacja zajęć. Takie zapisywanie w zeszycie jest ważne, bo mamy w jednym miejscu najważniejsze informacja.

Wskazówka nr 9:
Łączy się w dużej mierze z poprzednią wskazówką. Nasza praca to nie tylko zajęcia z dzieckiem, ale także przygotowywanie dokumentacji. Dlatego dla mnie tak ważne jest zapisywanie na bieżąco informacji o dziecku. Nawet, gdy mamy pod opieką tylko 1 ucznia – nie jesteśmy w stanie zapamiętać wszystkich istotnych rzeczy.

Wskazówka nr 10:
Jeśli ktoś nam powie, że uczeń X nic nie potrafi, nie nie umie – to nie traktujemy takiej informacji w 100% serio 😉 Każdy z nas ma w sobie coś co robi bardzo dobrze!!

Wskazówka nr 11:
Nie muszę!Zawsze mam wybór! – Gdy pracujemy według jakoś programu, schematu czy konspektu zawsze możemy z nich zrezygnować. Szczególnie jeśli widzimy, że nasz uczeń nie współpracuje, coś sprawia nam trudność, nie przewidzieliśmy jakieś reakcji. Nie ma przymusu, że to ma być tak i koniec. W trakcie zajęć musimy być elastyczni.

 

P.S. Dotrwałaś/eś do końca wpisu? Będzie mi miło jak zostawisz po sobie jakiś ślad 😉

Dawno temu…. – Moja historia z pierwszym wszczepem implantu ślimakowego

Moi drodzy – ten wpis ze specjalną dedykacją dla tych, którzy prosili o napisanie jak to było w moim przypadku z pierwszym wszczepem implantu ślimakowego 😉

Zapraszam do czytania…

Na początku roku 2004 przeszłam szereg badań kwalifikujących do wszczepu. Diagnostyka zakończyła się wynikiem pozytywnym, więc pozostało mi tylko oczekiwać ok. 2 lata na zabieg. Nie była to łatwa decyzja. W moim otoczeniu znalazły się osoby, które były ZA i PRZECIW tej operacji. Jako młoda osoba, miałam zaledwie 13 lat, ostatecznie podjęłam decyzję, że chcę spróbować! Na lewe ucho już i tak nic nie słyszałam, aparatu słuchowego nie nosiłam, ponieważ utrudniał mi komunikację (nie docierały do niego dźwięki i czułam za uchem tylko wibracje). W tym okresie „ratował” mnie tylko aparat na prawym uchu, a mowę odczytywałam tylko z ruchu warg. Stwierdziłam, że albo się uda i będę lepiej słyszała, albo będzie tak jak jest – więc nie stracę a mogę zyskać!
Czas oczekiwania na operację skrócił mi się o pół roku. Pamiętam jak dziś ten moment, kiedy zadzwonili z Kajetan do mamy, że za tydzień mam termin zabiegu. Musiałam się tam stawić 16 czerwca 2005 roku, a dzień później miał odbyć się wszczep. Nie obyło się bez nerwów, bez płaczu (nawet teraz jak to piszę przechodzą mnie ciarki po plecach).
Do Warszawy wyruszyłyśmy autobusem razem z mama w nocy z 15 na 16 czerwca. W piątek, tj. 17 czerwca 2005 roku o godzinie 7.15 zostałam zabrana na salę operacyjną. Ten moment także pamiętam jakby to było wczoraj. Pan anestezjolog trafił mi się bardzo śmieszny, porozmawialiśmy jeszcze przed zabiegiem po czym dał mi maseczkę z „Głupim Jasiem” i powiedział: poczujesz zimne powietrze i uśniesz. Natomiast ja wtedy pomyślałam: „Oj, chwile to potrwa zanim zasnę…” i pyk…

Przebudziłam się na sali pooperacyjnej około godziny 10. Pielęgniarka podeszła i kazała spokojnie leżeć. Zastanawiałam się czy już po wszystkim czy jeszcze przed. Następnie pielęgniarka zaprowadziła mnie do mojego pokoju, gdzie czekała na mnie cała w nerwach mama (rano nie zdążyłyśmy się zobaczyć, bo wcześnie mnie zabrali i zdążyłam jej napisać tylko sms, że idę na sale). Spałam później praktycznie cały czas. Mama tylko mnie budziła i sprawdzała czy wszystko okej i chciała się dowiedzieć jak to wszystko wyglądało.


Do domu wróciłam 20 czerwca. Po 10 dniach pojechałam znowu do Warszawy na ściągnięcie szwów. Poniżej przedstawiam Wam moje zdjęcie jak to wyglądało 13 lat temu. Miejsce nacięcia jest dużo wyżej niż teraz i długość szwu inna. (Zdjęcie teraźniejszego nacięcia jest we wcześniejszych wpisach).


Po miesiącu kolejna wizyta w Kajetanach. Tym razem po odbiór procesora. Wizyta była 2 dniowa. Po raz pierwszy, gdy podłączono mi procesor, nie słyszałam w nim nic. Spacerowałam z mama wokół Instytutu i próbowałam się wsłuchać w „hałasy”. W samym procesorze nie odbierałam nic, pomagał mi dalej tylko aparat na prawym uchu.
Dopiero kolejne ustawienia (za 2 miesiące), dawały ogromne rezultaty. I od tej pory wszystko ruszyło z kopyta. Zaczynałam słyszeć i rozumieć mowę, docierały do mnie konkretne dźwięki, a nie tak jak wcześniej „coś”. Na wizyty do Kajetan jeździłam systematycznie. Miałam tam zajęcia z surdopedagogiem, które bardzo szybko zakończyłam. Pani, która prowadziła ze mną zajęcia nieco się dziwiła, że postęp był tak szybki. Czasem, żartowano sobie ze mnie, że to moja determinacja pomaga mi dobrze słyszeć. Tak było!!! Z każdym dniem, miesiącem, gdy słyszałam coraz więcej to pragnęłam jeszcze i jeszcze więcej. W końcu zaczęłam rozmawiać przez telefon, słyszałam co mówią w TV. Z czasem zaczęłam rozumieć co nadają w radiu podczas jazdy samochodem. Ucho lewe stało się dominujące, to głównie nim słuchałam otoczenia. Natomiast ucho prawe jako „pojedynczy” odbiorca nie dawał już rady. Jednak w aparacie chodziłam cały czas. W duecie słyszałam lepiej. Podczas badań sprawdzano na ile procent odbieram dźwięki i przedstawiało to się tak:

  • bez urządzeń 0%;
  • z aparatem na uchu prawym 0%;
  • implant na uchu lewym 81%;
  • implant + aparat 89%.

 

Mój pierwszy procesor Nucleus Esprit 3G. Model do którego wchodziły 3 baterie. Bez większych udogodnień typu akumulatorki, pilot etc. Była to moja”miłość od pierwszego usłyszenia” 😉 Sprawca całego zamieszania. Dzięki niemu, zaczęłam swobodnie poruszać się w świecie dźwięków. Ukończyłam studia m.in. z surdopedagogiki – jest mi to temat bardzo bliski.

Czy zdecydowałabym się jeszcze raz na zabieg???  Zdecydowanie TAK!!!

Tydzień po tygodniu

Kolejny wpis zawierający fragmenty z „pamiętnika” 🙂

Po 11 dniach od wszczepienia drugiego implantu, nadszedł czas na ściągnięcie szwów. Nie musiałam jechać, aż do Kajetan – mogłam to załatwić bliżej miejsca zamieszkania, czyli w Rzeszowie w Medincusie. Zaraz po wizycie u lekarza, gdy już wsiadłam do samochodu to od razu wyjęłam procesor i go założyłam.

 

 Tak, tak – zaraz po ściągnięciu szwów kazano założyć procesor i stymulować ucho. Zostałam poinformowana wcześniej, że pierwsze dwa programy będą nie odczuwalne, żeby się nie denerwować i być cierpliwym. Jakież było moje zdziwienie??!! Po włączeniu procesora na program 1, dźwięki docierały do ucha!!! Sama w to nie wierzyłam!!! Nawet wyłączyłam procesor na uchu lewym, aby sprawdzić czy to nie złudzenia. Dźwięki wpadały do ucha- jestem bardzo szczęśliwa!!! Co prawda nie słyszę „konkretnego” dźwięku, tylko na zasadzie szumu. Jednak w połączeniu ze „starym” procesorem, daje mi to więcej możliwości niż aparat.
Teraz czas na rehabilitację ucha prawego 🙂 Wieczorem zawsze czytam dzieciom książki na dobranoc – postanowiłam wykorzystać ten czas także na ćwiczenia. Wyłączam wtedy lewy procesor i czytam. Jakież było moje zdziwienie za pierwszym razem??? Takie, że w zupełnej ciszy słyszałam samą siebie (wiem, że to też podświadomość tak działała,  wiedziałam co czytam i łatwiej było mi to „usłyszeć”.
Przez pierwszy tydzień mam używać pierwszy program. Nie słyszę póki co ostrzegawczego pikania procesora, informującego: „zaraz wyładują się baterie”, więc nie od razu orientuję się, że się wyłączył (mąż mi o tym mówi, gdy widzi, że procesor miga na pomarańczowo).

Na program drugi wskakuję 13 sierpnia. Nie widzę wielkiej różnicy pomiędzy P1, a P2. Jednak teraz sama zorientowałam się, że procesor się rozładował 🙂

Natomiast na P3 „przeskoczyłam” 21 sierpnia. Na tym etapie zaczyna się coś więcej dziać 🙂 Zaczynam słyszeć wcześniejsze powiadomienie procesora o tym, iż za chwilę bateryjki się rozładują (nie jest to takie wyraźne pikanie, ale wiem kiedy). Wieczorami nadal ćwiczę tylko ucho prawe czytając głośno książkę. Nawet zauważyłam, że rozumiem co dzieci do mnie mówią – tak, tak, zawsze kiedy mam chwile dla siebie to każdy coś ode mnie chce 😉

27 sierpnia przełączam się na ostatni program – 4.  Zauważyłam, że bardzo szybko się przyzwyczajam do głośniejszego słyszenia. W momencie gdy rozładuje się całkowicie nowy procesor i się rozłączy, i słucham tylko Starym Uchem to mam wrażenie, że cicho słyszę. Jest to dla mnie zadziwiające, bo mając tylko jeden implant świetnie sobie dawałam radę (no może w jakiś miejscach bardzo hałaśliwych i jak wszyscy naraz mówili to nie). Jest to dla mnie fenomenalna sprawa!!! Cieszę się z efektów które już są, a co będzie za pół roku??? Rok??? 🙂

Jedyny minus zaistniałej sytuacji jest taki, że muszę przy sobie nosić większy zapas baterii na zmianę 😉

W Kajetanach byłam 3 września, do kontroli oraz na ustawienia procesora. Spotkałam wszystkich znajomych poznanych ostatnim razem. Każdy z nas miał inną historie do przedstawienia. Spotkanie w Klinice przebiegło pomyślnie, nowe ustawienia procesora, „głośniejsze” programy i czas na kolejne przyzwyczajenia. Sprawdziłam kolejno wszystkie programy. Na tym ostatnim jest naprawdę głośno :O Ale idę za kolejnością z ustawieniami. Tym razem programy mam zmieniać co miesiąc. Kolejna wizyta w Kajetanach 4 grudnia.

Wpis bardzo osobisty ;)

Moi drodzy!!

26 lipca poinformowałam Was o moim wyjeździe do Kajetan. Już minął tydzień od zabiegu. Czas na relację z ostatniego tygodnia.

Dzień „0” – 25.07.2018

Telefon z Kajetan, że jest wolny termin. Mam być jutro na 9.00 na miejscu, a w piątek zabieg. Szybko muszę ogarnąć zakupy i pakować się.

Dzień 1- 26.07.2018

4.00 – Czas wyruszyć w podróż. Przed nami 4 godzin jazdy. Targają mną mieszane uczucia. Z jednej strony szczęśliwa, że to już – z drugiej strony strach, obawy…

8.00 Jesteśmy na miejscu. Rejestracja (mam „motylki” w brzuchu), wizyta u lekarza, badanie.  Od 13.00 jestem juz sama. Mąż musiał wracać…nie lubię pożegnań. Pojawiły się łzy i strach, ups…trzeba się ogarnąć 😉 Wieczorem odwiedziny rodziny – jak dobrze, że ktoś jest w pobliżu. Później spotkanie w sprawie jutrzejszego dnia. Jakie procedury, kiedy ostatni posiłek, picie wody, a nawet jak mamy się wykąpać (dosłownie chodziło o płyn którym trzeba umyć włosy). Czas spać…

Dzień 2 – 27.08.2018

Pobudka o 6.00 rano. Czas się wykąpać i czekać, aż poproszą na salę operacyjną. Dziś już się tak nie denerwuję. Niecierpliwie się jednak kiedy mnie zawołają. Telefon od mamy (też już się niecierpliwią…). 9.48 prosili się przygotować do zabiegu :O Mam 2 minutki na toaletę, przebranie się w piżamę szpitalną i na salę… O rany…tyle emocji w sobie to nie miałam dawno…
Ostatni wywiad, podpięcie do aparatury. Jest anestezjolog…No to do usłyszenia później 😉

14.30 – przebudziłam się. Jakoś tak inaczej. Już po czy jeszcze przed? Dotykam głowy, bandaż jest, pielęgniarka podchodzi i pyta czy wszystko OK? Jest OK! 🙂
Odprowadzają mnie na salę. Jestem ciągle śpiąca…Sięgam po telefon i odpisują moim najbliższym, że jest po wszystkim  i idę spać.
Około 16.00 już nieco lepiej się czuję, piję dużo wody. Opieka pooperacyjna – wzorowa.
Leżę póki co bez pierwszego procesora, ale lekarze świetnie się ze mną dogadują. Z mężem i dziećmi mogłam porozmawiać przez Skype. Około 20.00 zakładam w końcu procesor i dzwonię do mamy. Tak bardzo stęskniłam się za jej głosem. Porozmawiałyśmy sobie chwilę.
Zaraz po obchodzie idę spać.

Dzień III 28.07.2018

Jak po zabiegu, czuję się bardzo dobrze. Poznałam dzisiaj wspaniała rodzinę, która jak się okazało później mieszka niedaleko (dzieli nas 1 godzina jazdy samochodem). Ich córeczka Maja, podobnie jak ja miała wczoraj zabieg wszczepienia drugiego implantu. Pozostałe dwie dziewczynki miały po raz pierwszy wszczepiony implant. Z pierwszym implantem radzi sobie super, mowa i rozumienie prawie w normie. Poznajemy się coraz bliżej, mama ma dużo pytań do mnie o to jak sobie radzę, jak funkcjonuje na codzień. Podobno „spadłam jej z nieba”. Dałam jej dużo nadziei na przyszłość, że jej córka będzie mogła robić wszystko to co każdy z nas. Rozmawiamy bardzo długo.

Dzień IV 29.07.2018

Zmiana opatrunku. Obserwacja czy wszystko jest dobrze czy nie powstał obrzęk. Ściągnięcie strzykawki z głowy. Jest szansa, że jutro wyjdę (ja i moje pozostałe 3 nowe koleżanki 😉 ) Idziemy na spacer na zewnątrz 😀 Jakoś trzeba sobie organizować czas. Okolica jest cicha i spokojna, na około instytutu są sarny, jelenie. Maja pokazała mi nawet miejsce gdzie są łabędzie. Wieczorem znów odwiedził mnie wujek i sprawdził osobiście czy wszystko okey 🙂

Dzień V 30.07.2018

Ostatni dzień w Instytucie. Zbiorowe spotkanie odnośnie wyboru procesora, w moim przypadku bez zmian, czyli Nucleus. Uruchomienie procesora, sprawdzenie czy wszystko działa. Ostatnia obserwacja głowy – jest OK. Zalecenia do domu i karta wypisu 😀 Jeszcze tylko spotkanie u logopedy – wskazówki….. I do domu 🙂

Przez dwa tygodnie muszę unikać wysiłku fizycznego, a przez 30 dni nie mogę moczyć ucha. Na ściągniecie szwów jestem zapisana 6 sierpnia (nie muszę jechać do Kajetan tylko załatwię to w Rzeszowie). Po ściągnięciu mogę już założyć procesor i nosić po kolei na ustawionych programach, aż do następnej wizyty.

Dużo się zmieniło od czasu gdy miałam wszczepiony pierwszy implant. Po ściągnięciu szwów procesor można było założyć po miesiącu, a teraz zaraz po ściągnięciu szwów, czyli dokładnie 11 dni od zabiegu. Nacięcie za uchem także inaczej teraz wygląda, jest prawie niewidoczne. Za pierwszym razem (13 lat temu nacięcie było dużo wyżej i więcej włosów wygolone.)

Czekam na ten moment, kiedy zacznę słyszeć prawym uchem pierwsze dźwięki. Wiem, że przede mną długa droga, do słyszenia tak jak teraz odbieram dźwięki lewym uchem. Wierzę, że ten moment nastąpi 🙂

 

Język migowy – szerokie i wąskie ujęcie tego terminu

Temat wydaje mi się bardzo istotny w pracy surdopedagoga, czyli osoby która pracuje bądź będzie dopiero pracowała z osobami z wadą słuchu. Zawarte zostaną w nim sposoby komunikowania się wspomnianych osób. Społeczeństwo  Głuche najczęściej porozumiewa się za pomocą języka migowego, który dla tego środowiska jest pierwszy i naturalny (tak jak dla osób słyszących mowa dźwiękowa jest ich naturalnym sposobem komunikowania się między sobą). Natomiast populacja słabosłysząca ma zróżnicowane sposoby komunikacji. U jednych mowa jest w pełni rozwinięta i zrozumiała jak u słyszących, u innych jest niewyraźna, trudno zrozumiała przez odbiorców. Osoby takie wspomagają się też innymi alternatywami komunikacji.

Często obserwujemy, że powstaje pewna bariera jeśli chodzi o porozumiewanie się osób niesłyszących z osobami słyszącymi. Spowodowane to jest tym, iż osoby z wadą słuchu często mają duże problemy z przyswojeniem systemu języka polskiego, z kolei znajomość kodów manualnych wśród osób słyszących jest do tej pory rzadkością. Wśród środków którymi posługują się niesłyszący w celu nadania informacji można wyróżnić: język migowy, daktylografię, język migany, fonogesty, odczytywanie mowy z ust, totalną komunikację. Kolejno omówię te środki komunikacji:

Pierwszym terminem, który pojawił się już około 1880 roku jest język migowy, inaczej zwany PJM. Jest to klasyczny, tradycyjny, naturalny oraz swoisty język; używany na co dzień przez społeczność osób Głuchych w Polsce (zarówno przez osoby głuche, jak i słyszące dzieci głuchych rodziców). Język ten stworzony jest przez osoby głuchonieme w ich naturalnym środowisku, dla ich własnych potrzeb. Według B. Szczepankowskiego (1988, s. 12) „jest to zespół środków stosowanych przez ludzi niesłyszących w porozumiewaniu się pomiędzy sobą i z ludźmi słyszącymi, obejmujący właściwe danym środowiskom słownictwo oraz sposób przekazywania znaków migowych”. Podobną znaczeniowo definicję podaje T. Gałkowski (za: J. Kiwerski, 1986, s. 157): „jest to forma porozumiewania się osób głuchych, wykorzystująca ekspresję gestową i posługująca się ustalonymi symbolami opartymi na ruchach
i ułożeniach dłoni, palców i rąk”.

Daktylografia / alfabet palcowy – oznacza „pisanie palcami”. Według J. Baran (1983, s.114) „przez daktylografię rozumiemy mowę słowną realizowaną za pomocą ruchów palców jednej lub obu rąk. Najczęściej stosowana jest forma jednoręczna, chociaż są kraje, gdzie głusi przy palcowaniu posługują się obiema rękami (Anglia)”. W literaturze przedmiotu z lat 80-tych XX wieku próbę zdefiniowania alfabetu palcowego podjął się również T. Gałkowski. Zgodnie z ustaleniami tego autora (1986, s. 20) alfabet palcowy „jest to system znaków oparty na ruchach i układach palców, w którym poszczególnym głoskom odpowiadają osobne ułożenia lub ruchy palców”.

Według B. Szczepankowskiego (1999 s. 153) język migany to zespół „znaków migowych, których używa się w szyku gramatycznym języka ojczystego, dodając fakultatywnie lub obowiązkowo końcówki fleksyjne za pomocą alfabetu palcowego. Język migany stosuje się zawsze razem z językiem mówionym – połączenie to tworzy system językowo – migowy (SJM)”. Wspomniany autor podaje również definicję systemu językowo – migowego (SJM) (1999, s. 392) „pozwala na przekazywanie treści wypowiedzi równocześnie w dwóch odmianach języka – mówionej i miganej. Równoległa ilustracja wypowiedzi słownej znakami języka migowego sprzyja odczytywaniu mowy z ust i ułatwia percepcję synergiczną”.

Fonogesty jako metoda manualnego wspomagania odczytywania wypowiedzi słownych, oznacza „specjalne ruchy ręki (prawej lub lewej) towarzyszące mówieniu, pomagające wsłuchiwać się w żywą mowę i dokładnie odczytywać wypowiedzi z ust” (K. Krakowiak, 1997, s. 76).

Inną formą porozumiewania się jest odczytywanie mowy z ust. B. Hoffman (1979, s. 179) podaje taką definicję: „odczytywanie mowy z ust jest umiejętnością związaną z ukierunkowanymi procesami postrzegania, identyfikacji oraz rozumienia określonych, głównie wizualnych, słuchowych oraz kinestetyczno – artykulacyjnych całości językowych w określonym kontekście zdaniowym i sytuacyjnym”. Jest to niewątpliwie trudna technika do opanowania i na pewno nie pozwoli na całkowite zastąpienie słuchu, gdyż „wzrokiem można bowiem dostrzec jedynie te elementy mowy – fragmenty układów i ruchów artykulacyjnych, które są widoczne z zewnątrz, a więc głoski artykułowane z udziałem warg. Jest ich jednak niewiele, stanowią bowiem nieco ponad 30% zbioru wszystkich głosek polskich, a ponadto wiele z nich prezentuje się wizualnie identycznie lub bardzo podobnie” (B. Szczepankowski, 1973, s. 6).

Na koniec została do omówienia definicja totalnej komunikacji, która jest określana przez W. Pietrzaka (1992, s. 11-12) jako „filozofia porozumiewania się” za pomocą wszystkich dostępnych środków, jakimi są: ekspresja słowna (język mówiony, mowa), wzrokowa percepcja mowy (odczytywanie mowy z ust, pamięć wzrokowa, tj. umiejętności zapamiętywania drobnych i mało różniących się od siebie ruchów warg), słuchowa percepcja mowy obejmująca trening słuchowy polegający na uwrażliwianiu resztek słuchowych, reakcję na dźwięki, różnicowanie dźwięków i ich lokalizację; wychowanie słuchowe (…) oraz logorytmikę, systemy językowo – migowe, polski język migowy, a także mimikę i pantomimikę, systemy ustno – ręczne (daktylografię i fonogesty)”. A. Korzon (1996, s. 53) – definiuje totalną komunikację jako: „wykorzystanie wszystkich sposobów porozumiewania się, tak by dziecko miało możliwość rozwoju języka od jak najwcześniejszych lat swego życia”.

Według mnie, w nauczaniu dzieci niesłyszących powinno stosować się totalną komunikację, gdyż w pełni pozwoli na indywidualne podejście do każdego z uczniów, którzy znajdują się w danej klasie. W totalnej komunikacji stosowane są wszystkie możliwe środki komunikacji i wydaje mi się to być najlepszym rozwiązaniem szczególnie w nauczaniu początkowym. Natomiast jeśli chodzi o język migowy (PJM), bądź język migany (SJM) to wydaje mi się, że również tutaj trzeba podejść indywidualnie do ucznia z którym mamy do czynienia lub do osób starszych, które od zawsze posługują się jednym konkretnym językiem. Uważam, że nie powinniśmy na siłę „kazać” im przestawić się np. z naturalnego na systemowy, ponieważ jest to dla nich bardzo krzywdzące. To tak jakby Polakowi zakazać mówić w języku polskim i kazać mu posługiwać się chińskim, który dla niego jest zupełnie obcy. Innym przykładem byłby zakaz mówienia gwarą – „po góralsku” osobie, która jest Góralem lub po kaszubsku – osobie zamieszkałej na Kaszubach i utożsamiającej się z mniejszością kulturową tego regionu Polski.

*Powyższy tekst jest moją własnością. Zawarte w nim terminologie są zaopatrzone w źródło. Kopiowanie i wykorzystywanie całości lub fragmentów tekstu bez zgody autora jest zabronione.

Sylabami po Krakowie – recenzja

  Zawsze powtarzałam sobie, że jako mama nie będę przemęczać moich dzieci nauką czytania, pisania etc. W trakcie studiów, wiele razy słyszałam jak to dzieci nauczycieli mają „przerąbane” w życiu. Mama – nauczyciel to nic dobrego dla dziecka. Ciągle tylko nauka, literki, składanie literek, czytanie wyrazów, pisanie… . Nie chciałam powielać tego stereotypu. Moim dzieciom daję tylko dostęp do przeróżnych książek, kolorowanek czy zwykłych pustych kartek. Kiedy syn chciał coś wspólnie rysować czy pytał o kształt konkretnej literki, to mu ją pokazywałam, bez większego naciskania, że MUSI się uczyć tego czy owego. Jedynie co, to od małego czytam mu bajki przed snem 😉

Na chwilę obecną Antoś chodzi już drugi rok do przedszkola. Tak naprawdę, to tam uczy się typowo „szkolnych” rzeczy. Ostatnio coraz częściej pyta się jak napisać daną literkę albo nawet wyraz. Samodzielnie podpisuje swoje prace i bardzo go to cieszy (mnie jeszcze bardziej, kiedy widzę jego radość). Nadszedł moment, gdy syn stwierdził, że chciałby czytać książeczki SAM.

Szukałam jakiś czas książki do nauki czytania „LITERY” Przyłubskich, ale nigdzie nie mogłam dostać. Z pomocą przyszło mi Centrum Metody Krakowskiej ze swoją pozycją „Sylabami po Krakowie”

Wspomniana książka oparta jest na Symulatoniczno-Sekwencyjnej Metodzie Nauki Czytania autorstwa prof. Jagody Cieszyńskiej- Rożek, a stworzyły ją Ola Artymowska i Agata Dębicka- Cieszyńska.

Gdy sięgnęłam po nią pierwszy raz, byłam zawiedziona!!! Tyle tam się dzieje. Ilustracje są tak szczegółowe, mnóstwo detali. Miałam wrażenie, że 4-latek nie ogarnie tego i się zniechęci.

Pomyliłam się. Antoni książką jest oczarowany, a teraz również i ja. Przy niepogodzie najlepiej się nam ją ogląda i „czyta”. Poszukujemy wspólnie jakiegoś elementu i nawzajem zadajemy sobie pytanie: „gdzie jest…” .
W książeczce zawarte są też podpisy dźwiękonaśladowcze.

Każda strona zawiera dodatkową zakładkę. Na jednej stronie zawarte są paradygmaty sylab i rzeczowniki w formie obrazka oraz podpisu. Natomiast na odwrocie mamy prosty tekst do dużej ilustracji.

Książeczkę oglądaliśmy do tej pory może 4-5 razy, a niektóre paradygmaty sylabowe Antoś już potrafi rozpoznać. Książka jest bardzo szczegółowa. Jest przewodnikiem po Krakowie dla najmłodszych. Syn nawet pyta mnie, kiedy pojedziemy do Krakowa, bo on już wie w jakie miejsca pójdziemy 😉

 

Książka „wpadła” też w ręce Sary. Ona także początkowo była zniechęcona. Migała do mnie: „nie wiem gdzie patrzeć tu, czy tu”. Jednak ja się nie poddałam, bo znając już książkę na wylot wiedziałam, że można z nią dużo „pokombinować”. Wzięłam mapę Polski i poprosiłam Sarę o odszukanie miasta – Kraków.

Kiedy znalazła, opowiedziałam jej, że tam studiowałam i bardzo lubię to miasto (spędziłam w nim 5 lat). I tak zaczęłyśmy oglądać książkę. Zwiedziłyśmy „palcem” najważniejsze miejsca w Krakowie. Sara odkryła Smoka, rynek i Krakowskie ZOO. Zwracała uwagę na najdrobniejsze szczegóły – jak to w zwyczaju mają osoby z wadą słuchu. Podczas zajęć indywidualnych padło dużo pytań i pojawiło się nam dużo nowych znaków migowych, których Sara jeszcze nie znała. Na kolejnych zajęciach Sara starała się samodzielnie czytać tekst na dołączonej do książki zakładce.

Książka w końcu bardzo nam się spodobała i polecamy ją wszystkim. Często po nią sięgam w domu z moim czterolatkiem. Nie korzystam z niej nagminnie zmuszając syna do nauki czytania. Służy nam raczej do zabawy, do poszukiwania (usprawniamy koordynację wzrokowo-ruchową). Natomiast skutkiem ubocznym naszej zabawy jest to, że Antek rozpoznaje sylaby 😉

Opracowanie zawiera 7 stron w twardej oprawie oraz 7 zakładek, które kolorystycznie są dopasowane do konkretnej strony. Dla mnie to bardzo ważne, bo nie musimy za każdym razem szukać gdzie powinna być dana zakładka. Ilustracje są przedstawione w sposób bardzo szczegółowy, barwny. Postacie również ukazują nam współczesne życie codzienne, mieszkańców, turystów czy osoby niepełnosprawne.

 

Wydawnictwu „Centrum Metody Krakowskiej” bardzo dziękujemy, za możliwość przetestowania tej publikacji.

 

Okiem rodzica : Czytam Mamie i Tacie.

Tuż przed Wielkanocą, otrzymaliśmy paczkę z Centrum Metody Krakowskiej a w niej m.in. część serii Czytam Mamie i Tacie. Jako rodzic niesłyszącego, migającego dziecka jestem zachwycona książeczkami, zwłaszcza, że są to znane i lubiane baśnie i legendy w formie komiksu.

Podsunęłam książeczki Sarze. Ciekawiło mnie czy sięgnie po nie z własnej woli. Tytułem wyjaśnienia. Sara uwielbia komiksy. Dlaczego? Mało tekstu. Dużo rysunków. Może sama śledzić akcje. A w zrozumieniu tekstu pomaga ilustracja. Sara książeczki przeglądnęła, odłożyła a po chwili sięgnęła po nie znowu. Czytała na głos i o dziwo nie wołała :- ” Mamo chodź tutaj, ja nie wiem co to.”

Seria „Czytam Mamie i Tacie” zachwyca piękną szatą graficzną. Ilustracje są niezwykle dopracowane. Bogactwo szczegółów i kolorów przyciąga wzrok ale go nie męczy. Wyraźna jest także czcionka, która sprawia, że czytany tekst jest przejrzysty. Jednak najważniejszym elementem serii jest treść. Treść, którą dziecko z tak głęboką wadą słuchu i mizernymi kompetencjami językowymi może przeczytać prawie samodzielnie. Pomagałam Sarze w zrozumieniu m.in. związków frazeologicznych (jeszcze długo będą jej sprawiać trudność). Jednak większość, o czym jako dumna matka głosić wszem i wobec będę, przeczytała samodzielnie. Zwróciłam także uwagę, że seria pomaga wprowadzić pojęcie narracji. Na ilustracjach widzimy tego tajemniczego kogoś kto opowiada. Dla dziecka słyszącego narrator w tekście będzie kimś lub czymś naturalnym. Dla Sary to pojęcie fikcyjne i do tej pory nie udało mi się wytłumaczyć jej – Co to?, Kto to? ten narrator.

Myślę, że seria stanowi także świetną alternatywę dla lektur szkolnych. Często nauczyciele nauczania początkowego mają problem z tym, że dziecko z dysfunkcjami nie może przeczytać i opanować treści danej lektury. W klasach 1-3 wyrzucałam z lektur większość tekstu, który wydawał mi się zbędny. Upraszczałam opisy, zdania złożone zamieniałam na proste (nadal tak robię). Czasami nawet tworzyłyśmy wspólnie z Sarą mini komiks np. do historii Mateusza Szpaka z Akademii Pana Kleksa. Jednak to nie to samo co gotowa książka.

Także dzieci bez dysfunkcji, które dopiero rozpoczynają przygodę z czytaniem, na pewno z przyjemnością zapoznają się z tymi książeczkami. Jak wspomniałam wcześniej, ilustracje skutecznie zachęcają nawet opornego, małego czytelnika. Zarówno serię „Czytam Mamie i Tacie” jak i inne ciekawe pomoce dydaktyczne można kupić Tutaj 🙂 Polecam jako rodzic dziecka z obustronną, głęboką wadą słuchu 🙂

 

 

 

 

 

Jak przygotować dyktando?

  Dzisiejszy post będzie dotyczył przygotowywania pomocy dydaktycznych. Sara jest aktualnie w IV klasie szkoły podstawowej. Ma opracowany Indywidualny Program Edukacyjno Terapeutyczny. No właśnie…

   Co ze sprawdzianami, kartkówkami itp?

Staram się na bieżąco przygotowywać sprawdziany i dostosowywać je do możliwości Sary. Dziewczynka została późno zdiagnozowana, przez co straciła najważniejszy okres w życiu dziecka dotyczący rozwoju mowy i rozumienia. Chcę aby mogła napisać sprawdzian czy dyktando bez mojej pomocy, całkowicie samodzielnie. Dlatego też, treści które przygotowuję muszą być w pełni przez nią zrozumiane.

Chciałam dzisiaj pokazać dyktando z „ch” i „h”.

 

Klasa IV miała na ten tydzień zapowiedziane dyktando z „ch” i „h”. Sara ostatnio chorowała, ale wiedziałam, że dyktando kiedyś będzie musiała napisać. Zdawałam sobie sprawę, że Sara nie napisze dyktanda słuchowego razem z klasą. W jej przypadku zarówno korzyści z implantu jak i kompetencje językowe są niewystarczające.

Przejrzałam wszystkie książki, książeczki, zeszyty ćwiczeń które posiadam
w domu (oj nazbierało się nam tego przez wszystkie lata 😀 Zarówno ja jak i mama Sary lubimy kupować takie pomoce dydaktyczne). Znalazłam naklejki przedstawiające przedmioty zawierające w nazwie „ch” lub „h” i zabrałam się do pracy. Przy pomocy najprostszego programu jakim jest Word przygotowałam cały sprawdzian.

Część I:

Pierwsze zadanie polega na wpisaniu „ch” lub „h” – mamy tutaj konkretny obrazek i podpis z miejscem na wpisanie brakującej litery lub dwuznaku.

Część II:

 

Tutaj już troszkę trudniej. Najpierw trzeba uzupełnić brakujące litery,
a następnie połączyć wyraz z odpowiednim obrazkiem.

Część III:

 

W ostatniej części pojawiły się proste zdania. Jednak już bez obrazków. Analogicznie do poprzednich poleceń, trzeba uzupełnić wyraz odpowiednio „ch” lub „h”.

Jeśli ktoś jest zainteresowany i potrzebuje do swoich zajęć takich materiałów – piszcie śmiało – postaram się każdemu przesłać na e-mail.

 

 

 

 

Dlaczego czytam dzieciom ?

Ciągle dociera do nas poprzez środki masowego przekazu: – „Czytajmy książki”, „Trenujmy nasz mózg ,czytając książki”, „…trzeba czytać, bo dzieci nas naśladują…”, „sięgajmy po książki/czasopisma w każdej wolnej chwili…”

Na studiach dostałam tak wiele informacji na ten temat, że nie sposób tego wszystkiego zliczyć. Jednym  z najważniejszych argumentów, który bardzo utkwił mi w głowie, jest to, że do trzeciego roku życia jest tzw. „złoty wiek rozwoju mowy”. Należy więc czytać dzieciom już od pierwszych dni ich życia.
Mało tego – ja, jako dziecko słabosłyszące miałam wręcz nakazane: „Musisz czytać, żeby wzbogacać słownictwo”. Teraz, kiedy jestem starsza ( „mądrzejsza” 😉 ) wiem co mieli na myśli. Przez wadę słuchu oraz protezę jaką miałam, nie słyszałam wszystkiego tak, jak osoby, które mają sprawny słuch. Uciekało mi dużo informacji a mój zasób słów był mniejszy. Nie znałam niektórych pojęć czy powiedzeń typu:

Nie taki diabeł straszny jak go malują.
Cisza jak makiem zasiał.
Jak cię widzą tak cię piszą.
itd…

Niby nic ważnego, ale jednak. Pamiętam jak rówieśnicy sypali jak z rękawa różnymi przysłowiami, aforyzmami. Ktoś komuś coś powiedział, a druga osoba kontra do niej jakimś tekstem, tak że w pięty poszło. Ja tak nie umiałam, bo po prostu umykały mi takie rzeczy. Dlatego nie bardzo lubiłam czytać. Nie wszystko rozumiałam a przyswojenie tekstu zajmowało mi bardzo dużo czasu. Może dlatego, że musiałam czytać?

Teraz, gdy mam własne dzieci, odkrywam na nowo magiczny świat słowa pisanego. Antoś i Maja mają książki w zasięgu wzroku i rąk. Różne – różniaste. W twardej oprawie, w miękkiej – duże, małe. Z melodyjką,
z przesuwanymi obrazkami… . Część książek, pamięta jeszcze moje dzieciństwo 🙂 Zamówiłam prenumeratę książek Disneya „Przyjaciele na Safari”. Starałam się czytać, o różnych porach dnia, pokazywałam obrazki, nazywałam, zachęcałam do odszukania na ilustracji np. psa.

Wszystko to zaprocentowało tym, że teraz nie ma dnia, a raczej wieczoru, bez czytania książek!!!  Antoś twierdzi: – „Nie mogę usnąć, jeśli nie poczytasz mi książeczki. Moje myśli gdzieś tam fruwają, oczka nie chcą się zamknąć… . Mamo, czytanie to jest jak lekarstwo na mój sen…”. Nie mam więc wyjścia i czytam. Razem z nim odkrywam tajemnicze światy. Podróżujemy po baśniach. Poznajemy zwierzęta…Mamy taki czas tylko dla SIEBIE. I wiecie co? Odkryłam, że lubię czytanie. Słowa, dawniej niezrozumiane, teraz nie mają dla mnie tajemnic. Najważniejsze jest jednak to, że Antoś słucha i uwielbia to wspólne czytanie. Nie mogę się już doczekać a jednocześnie smutno mi będzie, gdy kiedyś wejdę do jego pokoiku a on będzie tak pochłonięty czytaniem, że nawet mnie nie zauważy.

A Ty mój drogi czytelniku? – Czytasz książki swoim dzieciom? 😉

 

Puzzle edukacyjne Bocian Klemens Kle – Kle

Pomimo świątecznej gonitwy i krzątaniny tu i tam, znalazłam czas na rozpakowanie puzzli, które otrzymaliśmy do przetestowania od wydawnictwa Epideixis. Dzisiejszy wybór padł na Bocian Klemens Kle -Kle.

„Testerem” tym razem był mój syn – Antoś (4 lata i 7 miesięcy).

Pudełko zawiera 2 plansze z konturami puzzli, 2 zestawy układanek. Zestaw I od którego rozpoczęliśmy i który był, według mnie, łatwiejszy dla Antosia – zawiera elementy dźwiękonaśladowcze. Na Planszy są wydrukowane czarno – białe obrazki, przedstawiające zwierzęta i przedmioty wydające dźwięki. Natomiast puzzle na odwrocie mają zapis fonetyczny tych obrazków (np. Hau – Hau, Ihaa – Ihaa, Muu – Muu i itd.). Ja odczytywałam dźwięki a syn odszukiwał na planszy i w tym miejscu kładł element układanki. Powstał nam piękny obrazek przedstawiający wiejskie podwórko. II zestaw jest już nieco trudniejszy. Na gotowej planszy są zapisane słowa (Antoś jeszcze nie czyta) a na odwrocie puzzla jest tylko 1 sylaba danego wyrazu. Te puzzle będą za to świetnym materiałem do zajęć z Sarą. Będziemy poznawać i utrwalać nowe słowa. Antoś jest – tak jak ja 😉 – miłośnikiem puzzli, więc po prostu ułożył sam obrazek, aby sprawdzić co przedstawiają.

 

Młodsza siostra Antosia, uwielbia wszystko to co starszy brat. Kiedy zobaczyła jak Antoś układa, zaczęła powtarzać jak mantrę: „…ja też chcę, ja też chcę…” – nie miałam wyboru i układałam z nią I zestaw puzzli.

Według producenta, puzzle są dla dzieci od 6 lat. Moim zdaniem zestaw
z układanką dźwiękonaśladowczą można wykorzystać u młodszych dzieci, które już układają puzzle. Natomiast drugą część u dzieci, które już rozpoczęły przygodę z czytaniem.

Charakterystyka gry:

  • wiek – od 6 lat;
  • 2 zestawy puzzli: 25 i 40 elementów;
  • 2 plansze ćwiczeń
  • I zestaw (25 elementów): jest pomocny przy wykonywaniu ćwiczeń słuchowych na zasadzie dopasowania etykiety z zapisem fonetycznym dźwięku do obrazka, który dany dźwięk wydaje (hau – hau = pies, Iha-Iha = koń). Cały obrazek przedstawia wieś. Podczas zabawy wykonujemy ćwiczenia narządów artykulacyjnych oraz ćwiczenia fonetyczne.
  • II zestaw (elementów): tutaj mamy świetny materiał językowy, dzięki któremu utrwalamy z dzieckiem prawidłową wymowę głosek: ch, j, ł, m, n. Na tym materiale możemy ćwiczyć poprawne czytanie, pisanie lub dzielenie wyrazów na sylaby.
  • puzzle są wykonane bardzo starannie z grubszej tektury.

Zarówno ja jak i moje osobiste dzieci bardzo polubiliśmy tą serię i w każdą wolną wielkanocną chwilę poświęciliśmy na wspaniałą zabawę z puzzlami.
A czekają na nas jeszcze puzzle ” Od litery do słowa” do których zajrzymy niebawem 🙂